Rozwód, alimenty i podział majątku - czy mediacja mogła zapobiec wieloletniemu sporowi?

Czasami jest już za późno.

Czerwone światło. Zatrzymałam swoke auto tuż przed przejściem dla pieszych. Spora grupa osób zmierza w kierunku przystanku tramwajowego. Wszyscy pogrążeni we własnych myślach, jedni bardzo się śpieszą, inni pokonują kolejne kroki typowym zobojętnieniem. A wśród nich znajoma twarz.

Szara, zmęczona. W oczach lęk. 

To Roman.

Tę historię będę długo pamiętać, ponieważ uświadamia mi, że czasem jednak jest za późno…

Marzec roku 2016. Zadzwonił telefon, męski głos. Chciałby umówić się na konsultację. Przedstawia szczegóły sprawy. Od razu widzę, że będzie bardzo trudna, ale z pewnością trzeba spróbować mediacji. Umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. Roman opowiedział swoją historię: 4 lata temu postanowił odejść od żony - Marty, z którą miał jedną nieletnią córkę. Długo nosił się z tą decyzją, nie chciał „dziecku niszczyć życia”. Ani dziecko, ani małżeństwo nie były planowane. W tym przypadku wynikały z poczucia odpowiedzialności. Wraz z upływem czasu coraz trudniej było im odnaleźć się w małżeństwie. Więcej uwagi oraz zaangażowania kierowali na wychowanie córki. Roman pierwszy podjął decyzję o zakończeniu małżeństwa. Marta nie była wówczas jeszcze gotowa na tak wielkie zmiany w swoim życiu, miała trudności z zaakceptowaniem tej sytuacji. Natomiast, wbrew obawom, córka małżonków bardzo spokojnie przyjęła informację, że rodzice nie będą już żyli razem i tata będzie mieszkał w innym miejscu. Szybko przyzwyczaiła się do nowych warunków życia.

Kilka tygodni po rozstaniu małżonkowie spotkali się i wspólnie spisali treść porozumienia. Dotyczyło ono kontaktów z dzieckiem, alimentów, wspólnych kwestii finansowych (raty bankowe i pożyczki).

I tu można by pomyśleć, że wszystko dobrze się ułożyło. Otóż nic bardziej mylnego…

Choć każdy z małżonków rozpoczął nowe życie, stworzyli nowe związki, to nie ominęły ich liczne problemy. Utrudnianie kontaktów z dzieckiem, problemy z rozliczeniami, coraz trudniejsza komunikacja. Po niecałym roku od rozstania, żona złożyła pozew o rozwód. Sprawa trwała 3 lata i była niezwykle nieprzyjemna. Małżonkowie prześcigali się w oskarżeniach. Roman odwołał się od wyroku. Ostatecznego zakończenia sprawy o rozwód strony doczekały się po kilku kolejnych latach. Kolejna sprawa sądowa w tym czasie, to podział majątku, w szczególności wspólnego mieszkania. Roman złożył taki wniosek do Sądu po zapadnięciu wyroku rozwodowego. Tutaj także nie było mowy o jakiejkolwiek ugodzie. Postępowanie nadal jest niezakończone do dnia dzisiejszego.

To taka mocno skrócona wersja całej historii.

Roman zgłosił się do mnie w trakcie przedłużającego się oczekiwania na wyrok Sądu Apelacyjnego w związku z wyrokiem zasądzającym alimenty. Jak się nie trudno domyślić, do mediacji nie doszło. Druga ze stron nie chciała podjąć żadnej próby rozmowy. Na etapie przygotowań do mediacji udało mi się ustalić prawdziwe przyczyny sytuacji, w której znalazły się strony. Wzajemnych zarzutów było bardzo wiele. Przeważająca większość z nich trawiła małżeństwo od samych początków związku. Wielu z wzajemnie krzywdzących działań stron można było uniknąć, gdyby ich realne powody znalazły przestrzeń do zaistnienia w rozmowie i wzajemnym zrozumieniu. Choć każda ze stron przedstawiła swój punkt widzenia, to niestety wzajemna nienawiść, rozgoryczenie i obopólne poczucie porażki, które były wynikiem eskalującego przez lata konfliktu, urosły do takiego poziomu, że nie udało się podjąć żadnej próby ustalenia porozumienia.

Co można było zrobić lepiej?

Zabrakło przede wszystkim rozmowy. Tej prawdziwej, szczerej rozmowy, której tak często unikamy z braku czasu, zmęczenia i przekonania, że sprawy same się ułożą. Każda kolejna batalia sądowa nie rozwiązywała konfliktu. Stawała się jedynie kolejnym polem walki.

Z perspektywy psychologii konfliktu jest to zjawisko dobrze znane. Kiedy spór trwa długo, ludzie stopniowo przestają koncentrować się na rozwiązaniu problemu. Coraz ważniejsze staje się udowodnienie swoich racji, odzyskanie poczucia sprawiedliwości lub uzyskanie potwierdzenia, że to druga strona zawiniła. W pewnym momencie celem przestaje być rozwiązanie problemu, staje się nim wyłącznie wygrana.

Decyzja o wsparciu mediatora w tym przypadku zapadła zdecydowanie za późno.

Jakie konsekwencje dziś odczuwają obydwie strony?

Dziś oboje żyją w cieniu konfliktu, który powinien zakończyć się wiele lat temu. Towarzyszy im niepewność, napięcie i przekonanie, że każda kolejna rozmowa może stać się początkiem następnego sporu. Towarzyszące im negatywne emocje, rzucają cienie na ich nowe relacje i życie zawodowe. Poczucie szczęścia i stabilizacji, które mają wszelkie warunki, by zaistnieć w ich życiu (nowe związki, bak problemów wychowawczych z dzieckiem, stabilna praca) nadal trawione są przez wyniszczający spór.

Nieustannie toczą walkę, która jest już tak trwałym elementem ich życia, że pomimo wewnętrznego pragnienia jej zakończenia, dostrzegają w sobie wyłącznie przeciwników a nie partnerów do rozmowy. Spotkanie przy jednym stole odbierają tylko, jako równoznaczne z własną porażką i przyznaniem się do winy.

To nie jest nietypowa historia. Wiele relacji po rozwodzie właśnie tak wygląda.

Czy można było temu zapobiec? Czy mediacja po rozstaniu mogła pomóc?

Odpowiedź jest zawsze jedna: to zależy wyłącznie od stron, które są w konflikcie oraz od stopnia tegoż konfliktu.

Paradoks polega na tym, że moment, w którym mediacja ma największą szansę powodzenia, często jest jednocześnie momentem, w którym strony najmniej myślą o skorzystaniu z pomocy. Wydaje się im wtedy, że wszystko jest jeszcze pod kontrolą.

W opisanej sytuacji próba mediacji powinna być podjęta w momencie, w którym małżonkowie byli na to z pewnością gotowi, czyli w chwili, gdy podpisali między sobą porozumienie. Gdyby ten dokument był spisany w formie ugody mediacyjnej, przy wsparciu mediatora i jego specjalistycznej wiedzy, mógłby być przedstawiony Sądowi do zatwierdzenia a wówczas nabrał by mocy prawnej. Dobrze spisana ugoda to najszybsza droga do zakończenia postępowania rozwodowego. Jeżeli porozumienie będzie akceptowalne w opinii Sądu, to wyrok może zapaść nawet po pierwszej rozprawie. Kluczowym jest czuwanie nad treścią porozumienia, by m. in. miało ono swoją wartość w ewentualnym procesie sądowym. Porozumienie wypracowane przez strony w tamtym momencie miałoby największą szansę na zabezpieczenie lepszej przyszłości stron. Takie rozwiązanie pozwoliłoby uniknąć przykrych spotkań w salach rozpraw.

Lata oczekiwania na rozstrzygnięcia nie oznaczały jedynie oczekiwania na wyrok. Oznaczały życie w niepewności. Niemożność podjęcia wielu decyzji finansowych, napięcie towarzyszące każdemu kontaktowi z drugą stroną oraz poczucie, że konflikt wciąż jest obecny i wpływa na codzienne funkcjonowanie.

Kolejny moment, w którym strony mogły podjąć próbę porozumienia, to chwila rozpoczęcia procesu w sprawie o rozwód. Ten krok również mógł ograniczyć eskalację sporu i całkowicie zmienić nadchodzącą przyszłość.

Niestety decyzja została podjęta zbyt późno. Kilka niezakończonych spraw sądowych, obustronna, silna nienawiść i towarzyszące temu wzajemne przykre zachowania, które do dnia dzisiejszego obojgu nie pozwalają cieszyć się w pełni nowym życiem. To wszystko sprawiło, że podjeta próba mediacji zakończyła się niepowodzeniem. 

 

Największym kosztem konfliktu nie zawsze są pieniądze.

Często jest nim bezpowrotnie utracony czas.

 

Jeżeli jesteście na początku drogi, którą kroczą bohaterowie przytoczonej historii (których nazwałam Romanem i Martą), albo już nią stąpacie, nie zwlekajcie z decyzją. Pierwszy krok do porozumienia, choć wydaje się trudny, jest w Waszym zasięgu. Powyższa historia nie jest odosobnionym przypadkiem. Wszystko może potoczyć się w zupełnie innym kierunku, ale zależy to wyłącznie od Was.

 

Przedstawiona historia powstała w oparciu o rzeczywiste doświadczenia związane z konfliktami rodzinnymi. Dane uczestników oraz wybrane elementy zostały zmienione, aby zachować pełną anonimowość osób, których dotyczą opisywane wydarzenia.